Mobile Version Hide

Wydaje się, że przeglądasz tę stronę w oparciu o przeglądarkę Internet Explorer 6. Przeglądarka ta jest już przestarzała.
Dla bardziej bezpiecznego i niezawodnego przeszukiwania zalecamy, wykonanie upgrade'u przeglądarki do jednej z wymienionych wersji:

Firefox / Safari / Opera / Chrome / Internet Explorer 8+

Natura i Dzika przyroda

Spitsbergen, największa wyspa Archipelagu Svalbard. To największa norweska wyspa położona zaledwie 1000 km od bieguna północnego. Z tego powodu tu zaczynało się, a czasem też kończyło, wiele wypraw polarnych. Czteromiesięczna noc, polarny klimat, wałęsające się wszędzie białe niedźwiedzie, których liczba przekracza liczbę mieszkańców, odstrasza wielu. Zapewniam jednak, że Spitsbergen to miejsce, które trzeba i warto odwiedzić.

Bezpieczeństwo:
Jadąc na Spitsbergen, musimy wiedzieć o jednej sprawie. Niech nas nie zwiedzie łatwość, z jaką możemy tam dotrzeć. Wiele połączeń lotniczych i stosunkowo niska cena biletów powodują, że dostanie się w to miejsce jest niemal równie łatwe, jak podróżowanie do Madrytu czy Paryża. Dlatego musimy pamiętać, że z wygodnego i ciepłego samolotu wysiadamy na polarnej wyspie. Pięknej, dzikiej i niebezpiecznej. Poza miastem zagrażają nam pogoda, trudności terenowe, szczeliny w lodowcach, lawiny, brak ludzi, którzy mogą nam pomóc, brak zasięgu telefonów komórkowych i dzikie zwierzęta.

Poza miastem mamy obowiązek nosić ze sobą broń palną. Jeśli umiemy się nią posługiwać i otrzymaliśmy pozwolenie na broń, możemy ją wypożyczyć wraz z amunicją w jednym ze sklepów turystycznych. Jeśli chcemy przetrwać i wrócić, oprócz sporej ilości rozsądku musimy zaopatrzyć się w niezbędny ekwipunek i środki bezpieczeństwa. To, co zabrałem ze sobą na zimowy wyjazd i co uważam za niezbędne minimum, omówię poniżej.

• PLB – Radiopława osobista – pozwala w krytycznej sytuacji wezwać pomoc po naciśnięciu jednego guzika.
• Telefon satelitarny – dzięki niemu możemy porozumieć się ze służbami ratunkowymi.
• Rakietnica – do odstraszania niedźwiedzi, jeśli będą chciały podejść do nas zbyt blisko.
• Karabin – do samoobrony (jeśli rakietnica nie zadziała).
• Kompas i mapy.
• GPS – najlepiej z możliwością udostępniania naszej lokalizacji.
• Górski sprzęt zimowy – raki, czekan, łopata lawinowa, detektor lawinowy, sonda itp.

To oczywiście tylko kluczowe elementy ekwipunku zapewniające nam bezpieczeństwo. Do tego dochodzą ubrania, sprzęt biwakowy i większość tego, co zabieramy ze sobą w góry.

Sprzęt fotograficzny:
Na takie wyjazdy zabieram zwykle dwa korpusy. Przede wszystkim chcę mieć zdublowany sprzęt na wypadek awarii. Zabrałem ze sobą EM-1X oraz EM-1, z czego ten pierwszy był moim podstawowym aparatem. Spakowałem również komplet obiektywów pozwalających na szerokie ujęcia krajobrazowe i zdjęcia dzikich zwierząt, takich jak renifery svalbardzkie, lisy polarne, a może nawet i niedźwiedzie. Mimo iż niedźwiedź jest niezaprzeczalnym królem tej krainy, to podczas samotnej wyprawy spotkanie z nim jest ostatnią rzeczą, o której powinniśmy marzyć.

Do tego statyw, filtry szare i połówkowe NISI oraz Dysk WD My Passport Wireless PRO SSD do kopiowania zdjęć bezpośrednio z kart pamięci. Spakowałem się w dwa plecaki: plecak Lowepro Whistler (ze sprzętem fotograficznym) i plecak turystyczny (ze sprzętem umożliwiającym przemieszczanie się zimą w terenie, przetrwanie przymusowego biwaku czy poruszanie po lodowcu). Nie rozstawałem się z Mauserem pamiętającym czasy III Rzeszy (załadowanym amunicją na niedźwiedzie) i rakietnicą (miała odstraszyć niedźwiedzie z bezpiecznej odległości).

Moim głównym środkiem lokomocji był skuter śnieżny, którym pokonałem około 900 kilometrów. To też dawało mi komfort związany z ładowaniem baterii, które jak wiadomo przy bardzo niskich temperaturach nie sprawdzają się zbyt dobrze. Aparat ładowałem bezpośrednio z gniazda zapalniczki, korzystając z ładowarki pracującej w standardzie PD (Power Delivery). Korpus był podpięty kabelkiem do gniazda ładowarki w skuterze i zawsze, gdy nie fotografowałem, ładowałem w nim akumulatory. To rzeczywiście świetne rozwiązanie, które pozwoliło mi mieć w pełni naładowane akumulatory, mimo iż temperatura spadała grubo poniżej zera, a ja byłem oddalony od najbliższego miasteczka o kilkadziesiąt kilometrów. Ani razu nie musiałem użyć zapasowych baterii.

Nowy aparat Olympusa jest zdecydowanie stworzony do fotografii przyrodniczej w ciężkich warunkach, choć jest większy od swych młodszych braci i nie należy do kieszonkowych aparatów, tak jak E-M10 czy E-M5. Uszczelnienia, odporność na niską temperaturę, duży zapas prądu i co najważniejsze – ergonomia i możliwość ładowania go z powerbanku czy gniazda zapalniczki. Praca nim była wygodna i zdecydowanie należała do przyjemności. Szybkie seryjne zdjęcia do 60 klatek na sekundę czy mój ulubiony tryb Pro Capture pozwalający zapisać na karcie to, co wydarzyło się jeszcze przed naciśnięciem spustu. Brzmi dziwnie, ale tak jest. Wciskam spust migawki do połowy, a aparat zapisuje wszystko w buforze, gdy wciskam spust do końca, zapisywane są zdjęcia wykonane przed naciśnięciem spustu i po naciśnięciu spustu.

Autor i fotograf: Marcin Dobas

Wszystkie zdjęcia wykonano: